Mill/ Maslow (2007/2008)

MILL/MASLOW
(2007/2008)

Z analizy życia XIX-wiecznego filozofa J.S. Milla skonfrontowanej z piramidą potrzeb amerykańskiego psychologa Abrahama Maslowa wynika prawda o przeznaczeniu w ludzkim życiu: „Coś musi się stać – bo to wymusza na nas wewnętrzna siła – parcie ku szczęściu. Pewne rzeczy (nawet te najbardziej potrzebne i pożądane) nigdy nie będą miały szans, bo nasze ciało jest granicą naszego bycia”. Przypadek Milla nastraja optymistycznie: pomimo drastycznej tresury w dzieciństwie i załamania nerwowego, w ogólnym rozrachunku „miał więcej szczęścia” – odnalazł nie tylko kobietę swojego życia, ale i doznał samospełnienia, nie rezygnując ze swych predyspozycji czy „powołania”. Tym, którzy mają mniej szczęścia, zawsze pozostaje przyjemność wysiłku szukania.
Muzyka: Julia Kubica, Bartek Rączkowski

english version


Recenzje:

Grzegorza Laszuka i jego teatralnych anarchistów lubię za to, że w przeciwieństwie do środowiska Krytyki Politycznej, ciągle mają wątpliwości. Bójcie się ludzi bez wątpliwości.

W przedstawieniach Komuny Otwock najbardziej fascynuje mnie pęknięcie między manifestem światopoglądowym a mozolnym wykuwaniem pojemnej, awangardowej formy teatralnej. W tym pęknieciu, szczelinie, niedopasowaniu obu elementów rodzi się zawsze dynamika ich teatralnych prezentacji.

Bohaterem najnowszego spektaklu jest filozof John Stuart Mill – „święty racjonalizmu”. Dobry człowiek, uczciwy polityk, komunikatywny autor, bezkompromisowy liberał. A jednocześnie owoc eksperymentu wychowawczego swego ojca Jamesa. Dziecko czytające greckich filozofów w oryginale, chłopiec hodowany do zadań specjalnych. Lidera Komuny Grzegorza Laszuka zainteresowało zderzenie biografii Milla i jego nauk o utylitaryzmie. Zaczął sprawdzać, co dziś zostało z tezy powiadającej, że „Zadaniem moralnym człowieka jest staranie się o szczęście wszystkich.” Mill jako ikona rozsądku, empirii, fundamentalista filozofii pozytywistycznej mógł być trudnym przeciwnikiem dla zdeklarowanego anarchisty. Ale w jednej z pierwszych scen spektaklu Laszuk pisze sobie na ciele inne nazwisko „Maslow”. Abraham Maslow, amerykański psycholog, ten od „piramidy potrzeb”. I z jego pomocą pyta Milla, czym jest szczęście, które ścigamy? Czy naprawdę można wypracować zbiorową definicję bycia szczęśliwym?
Metafory Komuny są świadomie toporne, oczywiste, przyciężkie. Takie robotniczo-chłopskie, jak z fabryki, warsztatu, składziku niepotrzebnych gratów. Laszuk i jego aktorki wyliczają kolejne tezy Masłowa i Milla przelewając wodę w zbiorniczkach ustawionych na scenie, łażąc w wojskowym rytmie po drewnianych blatach stołów, turlając się po podłodze. Czytane dosłownie czynności „lania wody”, „rzucania monetą”, „budowanie domku z kart” nieustannie kompromitują filozoficzne sentencje. Zapisana na kartce gładka, aforystyczna, dopieszczona myśl zostaje zderzona z brudnymi gestami, chropowatą strukturą przedstawienia. Konkret kontra frazes. Prawie wszystkie działania komunardów są rozsypane, z pozoru bez związku, nie mają charakteru zabawy, chodzi w nich głównie o wysiłek fizyczny, jakby teatr i filozofia, „teatr o filozofii” były wyłącznie tylko ciężką bezsensowną, niecelową pracą na scenie. Laszuk buduje tunel z krzeseł i ślizgając się w kałużach rozlanej na parkiecie wody, próbuje przedrzeć się desperacko przez niego jednym zamachem ciała. Konstrukcje, formy, deski, stoły, krzesła, zbiorniki kształtują na scenie „kanciasty” świat: nie od Kanta a od „zadzioru”, „wypustki”, skrzyżowania płaszczyzn.

Bohater spektaklu – zroślak, hybryda tez dwóch mędrców jest kontynuacją postaci z innych przedstawień Laszuka, tak samo z papieru i doświadczenia urodził się Perechodnik/Baumann i Baader/Meinhoff. Komuna bada z pomocą tych tworów idee czynienia dobra. Przenosi akcent z „ludzkości” na „człowieka”. Ze społeczenstwa na jednostkę. Trudno jednak nie zauważyć brudnej melancholii „Milla/Maslowa”. Potu niewary w ludzkość. Fanatycy teatru Komuny zarzucą mu zapewne nadmierną klarowność, skrzywią się też na brak dawnej drapieżności.

Ale dla mnie w nowym przedstawieniu Komuny najważniejsze jest błyskotliwe rozbijanie klisz myślowych – stąd te wszystkie dosłownie uderzenia aktorów o stoły, o podłogę. Kąpiel w pudle na scenie nie oczyszcza aktorów. Chodzenie w napłenionych wodą kontenerach przywodzi na myśl kule u nóg skazańców. Formuły zawsze będą dla nas kajdanami. Laszuk nie wierzy w recepty na życie (w jednej ze scen aktorzy skandują przez zaciśnięte zęby puste sentencje o przyjemności i szczęściu), jak zawsze stawia na indywidualną odpowiedź. Bo łatwiej zbawiać ludzkość niż siebie samego. Filozofia to walenie głową w mur. Filozofia społeczna to walenie młotkiem w cudze glowy. Podejrzewam, że aktualna sytuacja światopoglądowa Komuny wygląda następująco: mur stoi jak stał, a artysta może co najwyżej wsadzić sobie trzonek od młotka w oko. Dzięki temu na drugie będzie widział lepiej.
• (Łukasz Drewniak, Dziennik, 2008)


Najnowsza premiera Komuny Otwock „Mill/Maslow”, spektakl zapowiedziany jako początek „optymistycznego” projektu, nie rezygnuje z pewnej strategii, która pojawiła się już w cyklu „Dlaczego niebędzie rewolucji?”. Dwie – pod jakimś względem styczne – teorie lub biografie konfrontowane są ze sobą według jakiegoś pomysłu. Tym razem, zapowiadając, że tematem jest przeznaczenie, artyści zajęli się postacią Johna Stuarta Milla, sondując ją za pomocą tez Abrahama Maslowa – urodzonego sto lat późniejtwórcy psychologii humanistycznej, autora tzw. piramidy potrzeb. Komuna nie rozgrywa – na szczęście – spektaklu racji. Rozsądnie nie postawiono tu chyba również konkretnej tezy do obrony (choć poszczególne sceny łatwo zinterpretować). W spektaklu wystarczająco rezonują zderzenia racjonalistycznej postawy Milla z badaniami Maslowa obrazującymi jej praktyczną niemożliwość. Grzegorz Laszuk, który prostymi środkami syntetyzuje tytułowe postaci (stając obok Milla, który jest w tradycyjnej peruce, przykleja sobie do ogolonej czaszki taśmę klejącą, twierdząc, że zawsze chciał mieć długie włosy, następnie podnosi do góry koszulkę i pisze na nagim torsie: „MASLOW”), wyposaża się więc w narzędzia, przy pomocy których ma szansę zamącić w idealnym świecie filozofa, a działania podejmowane przez grupę są w dużej mierze wysiłkiem nadania życiowego ciężaru „Autobiografii”. Zaczynają zresztą od utopii Jamesa Milla, który postanowił – bez względu na predyspozycje, samą tresurą intelektualną – uczynić ze swojego najstarszego syna człowieka doskonałego. „Mill miał ojca” – wykrzykują aktorzy, układając deski jak domek z kart. Zrytmizowane działania fizyczne nie tylko dodają mocy tekstowi, ale są także jego dosadnym komentarzem i ilustracją. Dzięki temu Komuna tworzy wyraźne skodyfikowane sekwencje, wzbogacone jeszcze techniką wideo – obrazem oraz napisami. Klarowność tego wszystkiego w dużej mierze jest zasługą faktycznej oszczędności znaków (przy całej różnorodności środków) oraz symetryczności scenografii, w której zdecydowanie rozgraniczono przestrzeń. Najbliżej widowni wysunięte są dwa stoły, których blaty oklejono czerwoną folią (zabezpieczającą je przed rozpryskującą się wodą). Pomiędzy i za stołami leżą trzy drabiny zbite z desek. W głębi sceny na czarnej folii stoi długi stół, w blat którego wmontowano dwa wypełnione wodą baseny. Nad nim powieszono, także dwa, ekrany, gdzie przez większość czasu kołysze się spokojnie tafla wody. Prawie wszystko zostało tu rozmieszczone tak, aby wykonywane symultanicznie działania aktorów miały jeszcze swoją symetrię. Odizolowany przestrzennie jest jedynie wysoki słup, na szczycie którego usytuowano stanowisko pracy Johna Stuarta Milla: blat, zapalona lampka, papier – śledzone przez obiektyw kamery. Dobitne znaki plastyczne podkreślają więc zarówno fakt, że chłopcu drastycznie ograniczano kontakt z innymi dziećmi, ale i to, że – czy jako produkt eksperymentu wychowawczego? – stał się on jakimś nadczłowiekiem (czego Komuna zresztą nie zamierza dementować). Filozof w peruce z ułożonymi w pukle włosami w spektaklu konsekwentnie milczy. Komunikuje się jedynie nieśmiało za pomocą rysunków oraz pisma – karteczek z cytatami ze swoich dzieł, które podsuwa pod obiektyw kamery (kadry z pulpitu także wyświetlane są na ekranach). Łatwo zauważyć tu pewną ambiwalencję: artyści mówią w imieniu Milla, ale w jakiś sposób i zamykają mu usta. Sami wybrali fragmenty i sami je wykrzykują. Komuna nie tylko selektywnie czyta tu „Autobiografię”, ale (zwłaszcza przedstawiając okres dzieciństwa) to, co wyjmuje z dzieła, ogrywa tak, by bardziej podkreślić, że wychowanie chłopca podobne było do surowej musztry. „Nie pamiętam, kiedy ojciec zaczął uczyć mnie greki, ale powiedziano mi, że miałem wtedy trzy lata” – zaczyna się biograficzna opowieść. Na ekranie pojawiają się – rysowani przez Milla przy swoim pulpicie – chłopiec i dziewczynka, a obok nich kwiatek, słońce z koncentrycznymi promieniami, chmurka – tak jak często wyglądają rysunki dzieci. Wyrażoną w ten sentymentalny sposób tęsknotę za zwykłym dzieciństwem ugruntowują energiczne klapsy – w twarz, w pośladek – wymierzane sobie przez aktorów. Domek z kart z hukiem rozsypuje się na ziemię. Z podniesionych desek powstaje z kolei stół. „Myślę, że ojciec chciał stworzyć nowego człowieka” – słychać w tonie usprawiedliwienia. Ale konstrukcja znów się załamuje pod ciężarem utopijnej myśli, że rozum miał rządzić światem. Ewokowana będzie tu może też teoria Abrahama Maslowa, który na pierwszym miejscu wymienia jednak potrzeby fizjologiczne. Zespół wybrał kilka urywków z całej „Autobiografii” i „wrzucił” je w układy ruchowe (ze skandowaniem przejmująco współbrzmią pojedynczo ciągnięte dźwięki skrzypiec i muzyka elektroniczna). Dłuższy tekst zostałby prawdopodobnie zatupany, natomiast takie jednozdaniowe wypowiedzi, które można kilkakrotnie powtórzyć (a aktorzy robią to zawsze silnym i zdecydowanym głosem), są skutecznie wybijane, zyskując siłę okrzyków wznoszonych na manifestacjach. Każde zdanie układające się tu w historię Milla, nawet jeśli ma formę zdania oznajmującego, brzmi jak wykrzyknienie. Dlatego ma podwójną rolę. Z jednej strony odpowiada na zadane na początku pytanie: „Czy wiemy – kto – to – był eM – i – El – el?”, z drugiej jest częścią teorii, o której (z własnym komentarzem) chcą opowiedzieć artyści. Dlatego stosunkowo szybko przerzucane są cytaty. Publiczność bombardowana jest złotymi myślami, które coraz bardziej wszystko zalewają. Nie bez powodu tłem dla nich jest spokojna tafla wody. Jej obecność – wydawałoby się – nie ma śladów ironii, jest wręcz harmonijna, kojąca. Wodzie nadano jednak w spektaklu przewrotne znaczenie: nie tylko nie obmywa, ale – przeciwnie – jest kąpielą z komunałów, w których jesteśmy unurzani. Dość powszechnie mówi się przecież na zbyt ogólne, niemożliwe w praktyce postulaty i założenia: lanie wody. Komuna Otwock proponując cykl „optymistyczny”, na pewno nie ma zamiaru robić wykładni parenetycznych. Idąc tropem charakterystycznego w tym spektaklu ogrywania potocznych znaczeń i skojarzeń, można dojść w końcu do konkluzji, że „cykl optymistyczny” znaczy de facto: z optymistycznym zakończeniem. Mill/Maslow znajduje bowiem siłę – co prawda mocno ociekając wodą – aby przecisnąć się jak piskorz między nogami ustawionych w rządku krzesełek, związać je i mocno nimi zakręcić. Pytanie tylko, czy to zakończenie nie jest zbyt życzeniowe? Spektakl, konsekwentnie budujący napięcia między modelem życia a życiem, na mecie stwarza znak plastyczny, któremu także przydałby się może dewaluujący komentarz.
• (
Katarzyna Tokarska-Stangret, Teatr)

Ta strona używa plików cookie, aby prowadzić statystyki na temat odwiedzin. Kliknij, żeby przeczytać zasady polityki prywatności.
zgadzam się
x