Recenzja remiksu „Projekt Tomaszewski” Mikołaja Mikołajczyka

Marta Seredyńska
W poszukiwaniu własnego JA

Stoimy przed pustką, przed niczym… I jedynym celem jest wieczne dążenie.
Człowiek wierzy w swoją ideę i ma nadzieję na jej spełnienie, dopóki tworzy, dopóki jest twórcą… demiurgiem. I jeżeli będziemy już z góry wszystko przekreślać, to nigdy nie znajdziemy nadziei.
Henryk Tomaszewski

Centrum przestrzeni scenicznej. Przed nami artysta wykonujący serię intensywnych i gwałtownych ruchów. Mikołajczyk. Pełen napięcia obraz zaczyna łączyć się z dźwiękiem. Słychać głos – to Tomaszewski. Mimo, iż nie jest możliwe, by stanął dziś na scenie, w spektaklu jednak się pojawia. Odczuwamy obecność obu twórców, a każdy wydaje się równie ważny. I jak się okazuje, nie jest to bynajmniej ich pierwsze spotkanie.
Remix kojarzy się zazwyczaj ze zmianą, modernizacją, czasem też z dekonstrukcją. Zjawisko to polega na czerpaniu z tradycji, częściowym jej wykorzystaniu i przetwarzaniu. Zamierzenie, z jakim Mikołaj Mikołajczyk rozpoczął pracę nad remixem Tomaszewskiego, było jednak zupełnie inne. Nie chodziło tu o modyfikację idei Mistrza czy przeniesienie jego założeń w obszar aktualnego myślenia o tańcu. W zamierzeniu choreografa, spektakl miał być próbą zmierzenia się z legendą polskiego teatru, a zarazem postacią, która stworzyła nowy język tańca. Tym, co interesuje go najbardziej, są poszukiwania Tomaszewskiego dotyczące samego ruchu – czystego, jasnego, umiarkowanego. I to właśnie ruch jest tutaj w centrum. Ruch, który urzeka prostotą, ale staje się też konkretnym działaniem scenicznym.
Mikołajczyk rozpoczyna swój spektakl od charakterystycznego dla siebie gestu nagrywania czekającej na wejście do sali publiczności. Ci, którzy znają jego wcześniejsze realizacje, mogą spodziewać się, że zarejestrowany materiał zostanie wykorzystany w kolejnych scenach. Zastanawiające tylko, jakie pytanie tym razem zada widzom? Podczas przerwy w Tryptyku, po pierwszej części pod tytułem Waiting, pytał: „Czy warto czekać?”. Nagranie zostało następnie wyświetlone podczas kolejnej części spektaklu. Może teraz, skoro remix dotyczy Tomaszewskiego, artysta zapyta, co widzowie wiedzą o twórcy Wrocławskiego Teatru Pantomimy? Choreograf zaskakuje nas jednak, sięgając do najprostszych środków, jak powitalne uściski, przytulenia. Nie ma w tym żadnej iluzji, udawania, przesady. Jest za to po prostu Mikołaj Mikołajczyk, zapraszający nas do środka, niczym do domowego zacisza. A kiedy już znajdziemy się w teatralnej przestrzeni, pomaga nam zająć miejsca.
Tym, którzy na spektakl przyszli nieprzygotowani, z pewnością pomoże prezentowany następnie materiał wideo. Przez kilka minut Joanna Klass z Instytutu Adama Mickiewicza opowiada o Henryku Tomaszewskim. Krótki wykład pełni funkcję wprowadzenia, informacyjnego wstępu. Dalej prowadzi nas już Mikołajczyk, opowiadając o swoim pierwszym spotkaniu z Mistrzem. Spotkanie, o którym zadecydował przypadek, zmieniło życie tancerza, bo dzięki niemu trafił do Pantomimy Wrocławskiej. Słuchamy historii o młodym chłopaku, który nie tylko dzięki własnej odwadze, ale i za sprawą szczęśliwych okoliczności mógł choć przez pewien czas pracować z legendą polskiego tańca. Nie brakuje tu momentów zabawnych, jak chociażby jak ten, który nastąpił podczas pierwszej rozmowy. Tomaszewski zapytał wtedy Mikołajczyka, czy widział któryś z jego spektakli, a w odpowiedzi usłyszał: „Nie, bo do Kutna nie przyjeżdżacie”. Retrospektywna opowieść kończy się anegdotą o tym, jak pod nieobecność jednego z aktorów Mikołajczyk został poproszony o zrobienie zastępstwa. Tomaszewski zapytał wtedy: „Mógłby pan tam teraz stanąć?”. W tym momencie napięcie budowane w czasie opowiadania opada, ponieważ artysta przerywa i zwraca się do jednej z osób na widowni: „A pani może tu teraz stanąć?”. To pytanie rozpoczyna piękną scenę, w której młoda dziewczyna podchodzi do tancerza, pozwala sobie zawiązać oczy, a następnie delikatnie i spokojnie prowadzić swoje ciało. Ruch ten staje się unaocznieniem opowiedzianej historii. Tomaszewski zainicjował twórczą drogę Mikołajczyka. Mikołajczyk może teraz zainspirować i pobudzić do artystycznego działania kogoś innego. Zawiązane oczy oznaczają więc nie tylko brak doświadczenia, ale też młodzieńczą niewinność i ufność.
Znamienne, że choreograf w późniejszej scenie, kiedy już ściągnie z siebie całe ubranie, sam zawiązuje sobie oczy. Po omacku podchodzi do jednej z kobiet na widowni i prosi ją o asystowanie. To trudne zadanie – tańczyć przytuloną do nagiego artysty, dać mu sobą kierować, częściowo prowadzić też jego, by następnie zostać odrzuconą. Ruchowi towarzyszy wideo, którym jest materiał nagrany na początku spektaklu. Gest przytulenia, który Mikołajczyk wykonywał, rozpoczynając remix, w tej scenie staje się bardziej wyrazisty, nabiera innego znaczenia. Mamy przed sobą dwa ciała złączone w tańcu, dwie obce sobie osoby, tworzące w tej chwili jedność. Kończący wspólny taniec gest delikatnego odepchnięcia kobiety sprawia, iż artysta pozostaje na scenie sam, sugerując, że każdy w pewnym momencie musi wybrać własną, samodzielną drogę. Bo właśnie o poszukiwaniu artystycznej tożsamości miał być ten spektakl. Nie o samym Tomaszewskim. Nie chodziło o zrekonstruowanie jego realizacji, wizji czy koncepcji. Celem Mikołaja Mikołajczyka było pokazanie procesu, dochodzenia do wyklarowania własnego języka tańca. Henryk Tomaszewski, mimo, iż dał początek twórczej drodze choreografa, stał się dla niego pretekstem do mówienia o sobie.
Do końca spektaklu tancerz pozostaje nagi. Nie pierwszy raz jego obnażone ciało staje się podmiotem spektaklu. Nikogo więc ono nie razi ani nie zaskakuje. Można nawet pomyśleć, że artysta już niemal rutynowo używa tego samego środka wyrazu. To celowy zabieg, bowiem nagość symbolizuje tu indywidualizm Mikołajczyka. Mimo, iż to siebie uczynił główną postacią spektaklu, nie zapomina jednak o tym, dzięki któremu rozpoczął swą artystyczną drogę. Powraca Tomaszewski. Znów pojawia się na scenie – teraz w wyświetlanym nagraniu wideo. Powracamy znów do punktu, od którego wszystko się zaczęło. Oglądamy świetnie skomponowaną animację, w której dwie kluczowe dla tego spektaklu postacie przenikają się.
Kiedy przy dźwiękach utworu Freely­ Devendry Banharta artysta mówi o tym, że teraz musimy znaleźć swój czas, poznać siebie i nasze życie, zaczynamy rozumieć, jak ważne jest dla niego „tu i teraz”. Jednocześnie w całym spektaklu wydaje się dowodzić, że nie możemy zapomnieć o dawnych koncepcjach i ideach artystycznych, ponieważ to właśnie one dały wszystkiemu początek. Kiedy wsłuchujemy się w słowa tancerza: „wołam Cię aby przypomnieć, że nic naprawdę nie jest moje oprócz wolności”, rozumiemy, że nie zrywa z tym, co go ukształtowało. Tomaszewski jest ciągle obecny, mimo że remix zdaje się dotyczyć w większym stopniu samego Mikołaja Mikołajczyka. Więc kiedy stoi przed nami i krzyczy: „Chcę tak żyć i takim pozostać”, to coraz silniej przekonujemy się, że ostatnie słowo należy tu do niego. To znamienne, że brzmi ono właśnie: Mikołajczyk.

Marta Seredyńska
W poszukiwaniu własnego JA
Didaskalia 107/2012
http://www.didaskalia.pl/warsztaty2_seredynska.htm

Ta strona używa plików cookie, aby prowadzić statystyki na temat odwiedzin. Kliknij, żeby przeczytać zasady polityki prywatności.
zgadzam się
x