Teresa Fazan o […,] Agaty Siniarskiej

„Eksperyment, będący podstawową metodą badawczą naukowców, jest także strategią  artystów – w tej banalnej analogii zawiera się klucz do rozumienia współczesnej sztuki choreograficznej. W obu przypadkach kreśli się ramy projektu, zbiera dane empiryczne, bada materię, a później pozwala, by proces w pełni niezależnie odpowiadał na postawione pytania i wyprzedzał niesformułowane jeszcze supozycje. Ani nauka, ani sztuka nie są nastawione na tworzenie produktów, ale stanowią aktywną próbę wchodzenia w interakcję z rzeczywistością – realną bądź spekulatywną. Na horyzoncie pojawiają się nowe technologie i, co za tym idzie, w niedalekiej przeszłości, nowe, zmodyfikowane ciała performerów. Coś, co występuje w „[…,]” głównie na poziomie symbolicznym i żartobliwym: wprowadzenie prywatnej, przeznaczonej dla widzów maszyny performatywnej, czyli 60-stronicowej książeczki, która ma aktywować spektakl i być medium niesionych treści, stanowiswoistą metaforę tego kierunku zmian. Problem coraz dalej idącego zapośredniczania rzeczywistości nie omija przecież przestrzeni sztuki, także teatralnej i tanecznej. Rodzi się więc pytanie: jaki będzie jej ciąg dalszy?”.

Fragment tekstu Teresy Fazan „Przyszłość bez przyszłości”,  w Dwutygodniku

Komuna: teatr, który od początku chciał być blisko życia

O Komunie// Warszawa, z okazji otrzymania nagrody – „Kamyka” im. Konstantego Puzyny, pisze Witold Mrozek dla Gazety Wyborczej.

<<W ostatnich latach bardziej niż na własnej twórczości artyści skupili się na tworzeniu miejsca do pracy dla innych. Nierzadko pracujących na co dzień w publicznych teatrach, ze znacznie większymi budżetami i stałymi zespołami aktorskimi.

Co ich przyciąga do Komuny? Reżyserka Weronika Szczawińska: – Komuna daje komfort, którego nigdy nie da mi w pełni żaden teatr repertuarowy. To możliwość pracy z ludźmi, z którymi ma się poczucie wspólnej linii artystycznej i myślowej. Umożliwia też testowanie modeli współpracy innych niż reżyser – zespół, podważenie wszechobecnej w teatrze hierarchii. W Komunie nikt nie zada mi nigdy pytania „czy to nie za trudne?” ani „kto to będzie oglądał?”>>.

WIĘCEJ

Konformy: o mieszczanach w Dwutygodniku

„Myślałam, że ten tytuł to ironia. Byłam pewna, że ironia. Kpina z siebie, kpina z widzów, poznański insajd dżołk, zabawa konwencją i gra słów. „My, mieszczanie” – my, poznaniacy – my, naród. Żeby się zastanowić, czy nie grozi nam mała stabilizacja, mentalna gnuśność wobec widoków materialnego zaspokojenia, albo co gorsza – hipokryzja wieku średniego, który jeszcze by chciał, ale już mu się nie chce. Myślałam, że to krytyka komunałów, w które „my, twórcy” zaczęliśmy ostatnio brnąć, a „my, widzowie” łykać ze smakiem. Prawdę mówiąc, myślałam, że wspaniały projekt Tomasza Platy „My, mieszczanie” realizowany przez CK Zamek w Poznaniu i Komunę Warszawa to głos przeciw samozadowoleniu, opór przeciwko ciepełku, stawienie czoła publiczności zwymyślanej i zwymyślanie samych siebie. A na dodatek jeszcze krytyka uprawiania sztuki usankcjonowanej przez prezydenta miasta, biskupa i sponsorów. Wydawało się bowiem, że ten fantastycznie ironiczny tytuł ujmuje lapidarnym skrótem wiele doświadczeń ostatnich kilkunastu miesięcy: uwiąd teatru krytycznego, poznańską (i ogólnopolską) ofensywę świętoszkowatości, postępujący konserwatyzm instytucji, spór o prześnioną rewolucję oraz ruch obrony praw szwajcarskich kredytobiorców. I że opisuje zarazem pewien oderwany od innych rzeczywistości świat wielkomiejskich aspiracji i środowiskowych podniet. Artyści zaproszeni do udziału w projekcie gwarantowali, że nie będzie zbyt przyjemnie, bo ta ironia wybrzmi przenikliwie i alarmująco. Tak zresztą się stało”.

Fragment felietonu Joanny Krakowskiej „Konformy: Wolałabym nie”, w Dwutygodniku

„My? Mieszczanie? O festiwalu w „Didaskaliach”

„Projekt performatywny My, mieszczanie, który w ubiegłym roku zrealizowany został w poznańskim Centrum Kultury Zamek we współpracy z Komuną//Warszawa, okazał się bardzo twórczy i sporo namieszał w podejściu do starego określenia „mieszczanin”. W potocznym rozumieniu jest ono wciąż obciążone pamięcią o Dulskich i „strasznych mieszczanach” („bełkocą, bredzą, że deszcz, że drogo, że to, że tamto”), a czasem może także o aspiracjach pewnego mieszczanina, który jednak wolał być szlachcicem. Niechętnie więc używa się tego źle brzmiącego określenia, zwłaszcza do autocharakterystyki. „Mieszczanin”, a już zwłaszcza „mieszczanka” (a obok nich wersje jeszcze silniej nacechowane, jak „mieszczuch” czy „drobnomieszczanin”) wciąż odsyłają do postawy zacofanej, fałszywej i zakłamanej, podatnej na zewnętrzne normy i formy, fundowanej na przepaści między oficjalnym i prywatnym. Nawet powiedzenie o teatrze, że jest „mieszczański” – choć to wydaje się dziś bezprzedmiotowe – pachnie przecież obelgą. Tymczasem mieszkańcy miast usiłują na nowo nazwać samych siebie, na nowo osadzić się w miejskim środowisku, wynaleźć lub odnaleźć miejską tożsamość, a „mieszczanin” – w czym upewniają słowniki – to w pierwszym znaczeniu po prostu właśnie „mieszkaniec miasta”. W przywracaniu tego wyrazu (z innym, już niepejoratywnym wektorem wartości) pomagają ruchy miejskie, próbujące walczyć o dobre życie w przestrzeni miast, pomagają lokalne miejskie inicjatywy wspólnotowe, pomagają socjologowie, za pomocą nowych narzędzi opisujący tę rosnącą wciąż grupę ludzi, pomagają wreszcie aspiracje, bo to właśnie w miastach pojawiają się możliwości rozwoju i działania (ekonomicznego, kulturalnego, politycznego). Więc skoro mieszkamy w mieście – dlaczegożbyśmy nie mieli mówić o sobie: my, mieszczanie, subwersywnie odzyskując to miano, podobnie, jak staramy się odzyskać „prawo do miasta”. A jeśli tak, zastanówmy się nad tym, co konkretnie może to dziś oznaczać. Bo to, że mieszczaństwo pojmowane jako klasa, zwłaszcza proweniencji XVIII- i XIX-wiecznej, ma niewiele wspólnego z mieszczanami dzisiejszymi, wiadomo od razu, jednak może niektóre tradycje mieszczańskie, a także zadania, jakie mieszczaństwo przed sobą stawiało, warte są podjęcia i przemyślenia.

Taki był zapewne zamiar pomysłodawcy i kuratora projektu, Tomasza Platy: nie chodziło o szukanie definicji nowego mieszczanina ani nakłanianie kogokolwiek do identyfikacji, chodziło o różnogłosową debatę nad nieoczywistym zjawiskiem oraz stworzenie myślowego impulsu do zrewidowania własnego (uczestników) stanowiska w sprawie (…)”.

Fragment tekstu Ewy Guderian-Czaplińskiej „my? mieszczanie?”, „Didaskalia”, marzec 2015

„Trzeba zacząć negocjacje ze współczesnym mieszczaninem” – finisaż festiwalu

– Staramy się odczarowywać znaczenie takich słów jak przyjemność, dobrobyt, czas wolny – one są siłami napędowymi gospodarki, więc i społeczeństwa – mówi Grzegorz Laszuk z Komuny Warszawa. Z Grzegorzem Laszukiem i kuratorem cyklu „My, mieszczanie” Tomaszem Platą rozmawia Iza Szymańska

Z okazji 25-lecia demokracji ukazało się w „Wyborczej” wiele tekstów, w tym wielokrotnie cytowany wywiad z Marcinem Królem „Byliśmy głupi” – mnie ten tekst bardzo zdenerwował.

Dlaczego?

G.L.: Uważam, że ostatnie 25 lat to jednak był wielki sukces. I żałuję, że zamiast podkreślać to, co razem zrobiliśmy dobrze, wybrzydza się na nieuniknione w takim procesie wpadki. To głupia politycznie taktyka, bo odpycha potencjalnie postępowych mieszczan, ponieważ jako beneficjenci „niesprawiedliwego sukcesu” obarczeni są winą za krzywdy tych, którym się nie udało. Nikt nie opowiada o nowych mieszczanach jako poważnych partnerach, tylko atakuje; tak jakby górnicy i rolnicy przyjeżdżali palić opony w imię ekologii i prawa do aborcji… Hasło „Miasteczko Wilanów” jest ośmieszającym wytrychem, żeby znaleźć sobie kogoś do bicia. Na dodatek wszyscy kopiący nowe mieszczaństwo żądają tego, co udało się im osiągnąć – mieszkania, stałej pensji, dostępności kredytu.

Dla nas – Komuny Warszawa – przyznanie się, że jesteśmy mieszczanami, to naturalna część rozwoju. Byliśmy anarchistami, a dziś jak wszyscy płacimy podatki, bo dzięki temu dokładamy się do wzrostu społecznego dobrobytu. Staramy się odczarowywać znaczenie takich słów jak przyjemność, dobrobyt, czas wolny – one są siłami napędowymi gospodarki, więc i społeczeństwa. Przypominamy również, że mieszczaństwo to nie tylko przywilej, ale też zobowiązanie.

Źródło: http://m.warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,106541,17497088.html?i=0