Recenzja „Sierakowskiego” w Przekroju

Bohater naszych czasów?

„Sierakowski” w komunie/warszawa. Pisze Łukasz Drewniak w Przekroju.

Kiedy tylko rozeszły się wieści, że Grzegorz Laszuk i jego koledzy i koleżanki z Komuny Warszawa przygotowują przedstawienie pod tytułem „Sierakowski”, prawicowi publicyści zatrzęśli się z oburzenia. Jak to – taki młody, a już robią spektakl o nim? Gloryfikują redaktora „Krytyki Politycznej”? Lewicowej hagiografii za publiczne pieniądze mówimy nie! Bojkotujmy przedstawienie, zablokujmy teatr. Albo róbmy swoje widowiska – na przykład o mężnym redaktorze Sakiewiczu z „Gazety Polskiej”. Wiele jestem w stanie wybaczyć prawicy, ale nie to, że kompletnie nie zna się na teatrze. Gdyby kiedykolwiek widzieli choć jeden spektakl Komuny Warszawa, siedzieliby cicho, aby się nie zbłaźnić, bo od razu wiadomo, że o apoteozie „Krytyki Politycznej” mowy być nie mogło. Bo Komuna zawsze myśli wbrew i w poprzek, nie lubi zachowań stadnych.

Komunardzi i anarchiści

Komuna Warszawa, dawniej Komuna Otwock, od połowy lat 90. funkcjonowała jako usprawiedliwienie naszej niechęci do politycznego zaangażowania. Jej członkowie byli dyżurnymi anarchistami i aktywistami. Wystarczyła świadomość, że oni działają, walczą, pracują u podstaw, a my możemy bezkarnie oddawać się dekadencji. Bo Komuna przepracuje i przemyśli te sprawy za nas. Jej pierwsze spektakle „Bez tytułu” i „Trzeba zabić pierwszego boga” zadawały pytania o sens wszelkich ideologii i wyborów generacyjnych. Kolejne realizacje testowały świadomość i miejsce jednostki w absurdzie historii („Perechodnik/ Bauman”), opowiadały o iluzjach terroryzmu („Przyszłość świata”), poddawały w wątpliwość prawo filozofów do naprawiania i tłumaczenia świata („Mill/Maslow”, „Księgi”). Komunardzi zawsze byli czymś więcej niż tylko teatrem

„Sierakowski”, najnowsza premiera Komuny Warszawa, to spektakl, który zaczyna spór o postawę liderów ruchu Nowej Lewicy, o jej metody działania sposób prezentowania ideologii w sztuce

i grupą przyjaciół – próbowali zmieniać rzeczywistość, edukowali społeczeństwo, włączali się w działalność wspólnot lokalnych. Grzegorz Laszuk i Alina Gałązka, liderzy grupy, wzorem Argentyńczyka Augusta Boala wierzyli w to, że artyści powinni współrządzić, startowali w wyborach samorządowych. Sprawdzali nośność wyrazistych akcji i protestów politycznych, nawoływali do analizowania rzeczywistości. Jednak na swoje 20-lecie napisali manifest, w którym stwierdzili, że działania artystyczne mają żaden lub znikomy wpływ na życie społeczne, że zamiast głosić idee, wolą opowiadać historie. Takie na przykład jak o redaktorze „Krytyki Politycznej”.

Laszuk mówi pół żartem, pół serio, że genezą spektaklu „Sierakowski” był miesięczny eksperyment: zamknął się w odosobnieniu i czytał wszystko, co wydaje „Krytyka”, po czym ze złością rzucał książkami o ścianę.

Spektakle o życiu i wyborach ideowych polityków nie są niczym nowym nie tylko w europejskim, ale i w polskim teatrze. Kilka dobrych lat temu Paweł Demirski i Michał Zadara zrealizowali w Teatrze Wybrzeże gorzką biografię Lecha Wałęsy. Za czasów premiera Leszka Millera Jacek Głomb i Maciej Kowalewski przygotowali w Legnicy spektakl „Obywatel M.” o przemianie pobożnego ministranta w prowincjonalnego peerelowskiego działacza partyjnego. „Sierakowski” Komuny Warszawa różni się jednak od tamtych realizacji fundamentalnym założeniem: nie zajmuje się przeszłością guru polskiej lewicy, tylko wychodzi w jego przyszłość. Ironizuje na temat możliwych scenariuszy kariery. To rekonstrukcja imaginacyjna z gatunku futurystyki biograficznej.

Rytm spektaklu wyznaczają daty z kroniki dziejów narodu polskiego, do której Sławomir Sierakowski na pewno trafi. Scena pierwsza – rok 2017. Sierakowski porzuca politykę i zostaje buddystą. Aktorzy Komuny przebieraj ą się za klony Myszki Miki i popiskują chóralnie, dziękując bohaterowi, że zawsze zostawia im na klatce schodowej serek zepsuty jak należy. Scena druga – rok 2019, atak Marsjan. Jeden z aktorów przebrany w biały kombinezon zostaje podświetlony kolorowymi żaróweczkami, Grzegorz Laszuk woła do megafonu: „Pułkowniku Sierakowski, wycofajcie się, jesteście okrążeni”. Odpowiada mu futurystyczny Sierakowski: „Nie mamy już amunicji, ale utrzymujemy pozycję, do krwi ostatniej…”. Wtrzeciej scenie Sierakowskiemu rodzi się córeczka, szczęśliwy ojciec idzie na urlop „tacierzyński” i zmienia jej pieluszki, analizując dziecięce kupki z pomocą pism Źiżka, Lacana i Agambena. Czwarte odgałęzienie przyszłości pokazuje go w 2022 roku jako premiera lewicowego rządu, dogadującego się z koalicjantami – skrajną prawicą i ekstremistami lewicy islamistycznej – o ustawowy zapis wysokości minaretów w Polsce.

Żarty, kpinki i ciosy poniżej pasa (bo wszak spektakl Komuny to anarchistyczno-f ormali-styczna farsa) przygotowują tylko widzów do wysłuchania poważnych zarzutów wobec Sierakowskiego i całej formacji „Krytyki Politycznej”.

I ty, Brutusie?

Wątpliwości, które podnosi Laszuk, mają inny kaliber niż zarzuty prawicowych publicystów toczących walkę ze środowiskiem „Krytyki Politycznej”. Twierdzą oni, że Sierakowski i jego formacja indoktrynują młode pokolenie, wyłudzają publiczne pieniądze, są antypolscy, bo zapraszają na święta narodowe zbrojnych niemieckich antyfaszystów, a ich prawdziwym celem jest przeprowadzenie lewackiego przewrotu w kraju. Tymczasem Laszuk i Komuna Warszawa toczą z „Krytyką” nie spór światopoglądowy, bo w wielu punktach myślą tak samo, tylko spierają się o metody działania. Najważniejszy zarzut Komuny jest taki: młodzi koledzy, uciekacie od odpowiedzialności, wymigujecie się od aktywności politycznej, a przecież nie da się tylko mówić o polityce, trzeba ją uprawiać, bo takie są realia demokratycznego kraju. Laszuk mówi wprost – nieobecni nie mają racji. Nawet jeśli Sierakowski nie chce być trybunem ludowym i ma do tego prawo, to czemu „Krytyka” milczała w czasie tak zwanej „walki o krzyż”, dlaczego to Palikot zgarnął obudzony młody lewicowy elektorat? To był ten moment, trzeba było iść do wyborów. A Sierakowski? Od roku siedzi w usa i pisze doktorat.

Drugi zarzut Komuny dotyczy wiarygodności i stałości buntu. Laszuk twierdzi, że radykalizm młodych ideologów „Krytyki” zniknie w chwili, kiedy wejdą w dorosłe życie, założą rodziny. Codzienność zweryfikuje idee. Może przekleństwem lewicowości jest to, że się z niej po prostu wyrasta? – pyta gorzko szef Komuny. Nie podoba mu się też przeintelektualizo-wany język, w jakim środowisko „Krytyki” próbuje mówić o współczesnym świecie. – Ideologia nie wsparta praktyką rodzi teoretyczne halucynacje. A wy tylko piszecie eseje i filozofujecie, zakładacie kluby dyskusyjne, a nie działacie społecznie… – zdaje się mówić. Można wyczytać w teatralnej filipice Komuny także niezadowolenie z medialnego lansiku, wszak komunardzi zawsze pozostawali w cieniu, nie leźli do popularnych telewizji, nie chcieli rozgłosu, tylko pracy u podstaw. Może Laszuk czuje, że droga Sierakowskiego oznacza w gruncie rzeczy nie negowanie systemu, tylko czerpanie z niego profitów w zamian za akceptowalną, intelektualną krytykę liberalnych środowisk, które i tak się nie odwiną. Bo że skrajna prawica potrafi przywalić – to już wiemy, zwłaszcza po lekturze paru „anty-Sierakowskich” tekstów prawicowych publicystów.

Stanowisko Komuny jest jasne, ale nie ma co liczyć, że ten spektakl to zemsta lub ostateczne wypowiedzenie przyjaźni. I nie jest to też nóż wbity w plecy „Krytyki”, choć premiera zbiegła się w czasie z prasowymi atakami na jej rolę i odpowiedzialność w umiędzynarodowieniu ulicznej bitwy warszawskiej 11 listopada, z żądaniami pozbawienia lokalu na Nowym Świecie, odcięcia od źródeł publicznego finansowania.

Nowa Lewica Humoru

Spektaklu Komuny Warszawa wcale nie ogląda się przyjemnie. Bo obok absurdu i polemik politycznych jest w niej również warstwa dość dwuznaczna. W końcu j ednak ośmiesza się w tym spektaklu redaktora „Krytyki Politycznej”. Jak to środowisko ma się bronić, skoro woli postrzegać siebie jako przyszły think tank albo ulepszoną, bardziej ideową wersję środowiska „Gazety Wyborczej”, a nie regularny ruch lub partię polityczną? Przecież nie zrobi kontrspektaklu. Napisze parę odezw i artykułów, ale siła rażenia teatru jest zawsze większa. A może pomyśli, że kieruje Laszukiem zwykła zazdrość o jego skuteczność. O zdolność przyciągania młodych, myślenie o sprawach polskich w kontekście globalnym. W końcu Grzegorz Laszuk przez ostatnią dekadę każdy spektakl Komuny opierał na rozpoznaniu, „dlaczego nie będzie rewolucji”, a teraz przyszło pokolenie, które nie dość, że w rewolucję wierzy, to jeszcze rewolucyjnemu zapałowi sprzyja sytuacja ekonomiczna na świecie. Laszuk gryzie i zaczepia młodszych kolegów, bo choć jest realistą i prawdopodobnie ma rację, to jednak powody jego zgorzknienia mogą być dla „Krytyki” niezrozumiałe. Na pewno jednak jeden postulat Komuny musi wziąć sobie do serca: to wołanie o poczucie humoru. Przestańcie mówić tylko o misji i rewolucji, śmiejcie się z siebie, kiedy błądzicie, bo czasem błądzicie… Wystarczy, że prawica jest śmiertelnie i głupio poważna.

„Bohater naszych czasów?”

Łukasz Drewniak

Przekrój nr 48/28.11

http://www.przekroj.pl/

30-11-2011