Recenzja „Ksiąg” w „Dwutygodniku” nr 51/2011

„Księgi” komuny//warszawa to dojmujący, pisany żyletką traktat o dojrzewaniu ludzkości. Znakomicie pomyślany i poprowadzony spektakl o kłamstwie spisanym na fundamentach kultury i o cierpieniu, jakie niesie ze sobą oszustwo nauki i metafizyki

Paweł Soszyński

Na ten spektakl komuny//warszawa musieliśmy trochę poczekać. Jego szkic pokazywany był w listopadzie 2009 roku, w grudniu 2010 roku można było zobaczyć całość, ale właściwa premiera „Ksiąg” odbyła się w styczniu 2011 roku. Warto było czekać. Spektakl, który zmienił się w tryptyk, jest skupioną, rewelacyjnie przeprowadzoną analizą kulturowych modeli, odległą od antropologicznej bezstronności. Jednocześnie jest teatrem w pigułce – powołuje się na dwie wielkie tradycje teatralne: zachodnią i wschodnią; to właśnie przez nie opowiedziana zostaje filozofia zachodniej i wschodniej kultury, z równą bezwzględnością i błyskotliwością zakwestionowana przez komunardów.

Spektakl składa się z trzech części. W pierwszej – „Księdze Wynalazcy” – widzimy pastisz teatru konstruktywistycznego. Grzegorz Laszuk, odwołując się do Wielkiej Reformy Teatru, opowiada o naukowej utopii Richarda Buckminstera Fullera (1895-1983), który „budował rajskie ogrody i namawiał do nieustannego działania na rzecz pokojowej zmiany poprzez doskonalenie technicznych możliwości człowieka”. Krytyka postępu i kultu nowości, ślepej uliczki zachodniego futuryzmu, który bezustannie każe zaglądać poza horyzont, odkrywać nieznane, nowe, i w nim poszukiwać ocalenia, zafiksowana jest w gestach aktorów, samplowanych przysiadach, wspięciach na rusztowanie (jedyny element scenografii). W całej tej nerwowej, mechanicznej choreografii, jest coś z ducha biomechaniki Meyerholda i Nadmarionety Craiga. Nowe jest najważniejsze, przełom jest esencją szczęścia, pozostawanie w tym samym, także poprzestawanie na nim – by zgłębić możliwości znanego, by pozostać tu i teraz – jest dla zachodniej kultury i sztuki oznaką słabości, symptomem umierania. Rozwój cywilizacji jest niezmierzony i nieskończony. Brak rozwoju jest jednoznaczny z końcem zachodniego paradygmatu – jest końcem świata. Wieczność i zbawienie (także od trudu bezustannego nadążania za nowym) są zawsze jutro.

W kolejnej księdze – „Księdze Podpalacza” – Laszuk opowiada historię Cesarza Yongle z dynastii Ming (1360-1424). Bada w niej drugi biegun utopii, jaką jest (przekonamy się o tym w części trzeciej) kultura. Yongle „sądził, że gdyby ludzie pozostali w swoich wioskach, nie byłoby wojen i oszustw w systemie bankowości”. Dlatego spalił chińską flotę. W opozycji do zachodniego „jutro” i „tam”, „Księga Podpalacza” opowiada więc o wschodnim „dziś” i „tutaj”. Opowiada po mistrzowsku – to najlepsza część tryptyku. Umęczona dusza Zachodu watowana jest w niej filozofią zen, jest uwznioślona, ale jednocześnie pozostaje zawieszona; trwa w nieważkości symboli, maksym, autoreferencyjnych gestów, pęd z pierwszej części koi (i mrozi) chłód strumienia sączącego spowolniony czas. Aktorzy dostosowują się do jego biegu: wykonują szerokie gesty, w kaligraficznym skupieniu modelują figury, satysfakcję znajdują we wzajemnej harmonii, jednym synchronicznym doświadczeniu. Szybko orientujemy się, że ten teatr Wschodu znów odarty jest z człowieczeństwa; ocalenie w choreograficznej i filozoficznej systematyce (i systematyczności) okazuje się być kolejnym kłamstwem – nawet jeśli jest antytezą recepty Fullera. Z „Księgi Podpalacza” odpływa krew, której wzburzenie groziło zamroczeniem w „Księdze Wynalazcy”; nawet głos Yongle, dobiegający z głośnika, nie jest ludzki: naśladuje chińską melodię zdania, ale w tym samym momencie do złudzenia przypomina syntezator mowy – głos, który dochodzi z drugiej Księgi nie koi, raczej usypia beznamiętną artykulacją może subtelniejszej, ale wciąż maszyny. W ślad za nią postępują coraz bardziej senne, rozleniwione, spowolnione, starannie wyprane z emocji ruchy aktorów. Ta księga także nas mami, wydobywa z nas metafizyczne fantazmaty tylko po to, by wyartykułowane i uwznioślone w księdze stały się bezwartościowym szumem, który w finale „Księgi Podpalacza” zbierają z sali rozhuśtane mikrofony.

„Księga Ogrodów” jest gorzkim rozrachunkiem ludzkich krzywd i marzeń, z których te krzywdy najczęściej wynikają. Małpy – to one wyciągną wnioski z kilkudziesięciu tysięcy lat kulturalnego rozwoju człowieka. Zrobią to ze zwierzęcą bezwzględnością, bez cienia wschodniej subtelności i zachodniej kurtuazji. „Ludzie to chuje” – powie jedna i natychmiast powróci do zwierzęcych porykiwań, zupełnie jakby tylko tej myśli był wart ludzki język zapisany w Księdze. W spektaklu komuny//warszawa ta małpa zeszła z drzewa tylko po to, by po tysiącleciach stwierdzić, że stała się chujem. Lepiej więc być chujem czy małpą? – pyta Laszuk. Lepiej się oszukiwać, czy nie być siebie świadomym? Lepiej tkwić w dżungli, czy zamienić ją w ogród, także ten rajski, skąd wyszliśmy i – dzięki nauce czy metafizyce – mamy zamiar wrócić? A może ten raj, podobnie jak nasza kultura, istnieje tylko na stronicach „Ksiąg”? Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że Księgi są puste, a kultura to w całości utopia.

Ostatecznie małpy Wschodu i Zachodu – w różnym rytmie – „sieją, pielą, nawożą, doglądają, zbierają”. Postęp i medytacja to tylko inne, innym, atrakcyjniejszym językiem opowiedziane odmiany tego samego trudu, by uzasadnić zejście z drzewa i założenie pierwszego ludzkiego ogrodu w dziejach. By utwierdzić się w bezwzględnej konieczności siania i zbierania.

źródło: „Dwutygodnik”, nr 51.2011

www.dwutygodnik.pl

 

Recenzja „Ksiąg”

Dzisiejszy (28.01.2011) dodatek kulturalny do „Dziennika. Gazety Prawnej” zamieścił recenzję „Ksiąg” autorstwa Łukasza Drewniaka. Dziękujemy!

Ogród mądrości i ciszy
„Księgi” Komuny Otwock to przede wszystkim podsumowanie dotychczasowych zdobyczy formalnych grupy. Ale też próba podjęcia nowego sposobu komunikacji
Łukasz Drewniak

Najnowsze przedstawienie Komuny Warszawa (dawniej Komuny Otwock) powstawało ponad półtora roku. W listopadzie 2009 roku na jubileusz dwudziestolecia działalności grupa pokazała szkic pod tytułem „Księga wynalazków”. A potem spektakl podlegał nieustannym zmianom i rozrastał się, w końcu z jednego zwartego epizodu powstały trzyczęściowe widowisko.
Grzegorz Laszuk i Alina Gałązka – liderzy najdłużej związani z Komuną – otwierali nowy rozdział swojej działalności społecznej i artystycznej, przyznając się do porażki. Pisali w manifeście, że nie udała się im zmiana struktur, wyobrażeń i praktyk społecznych. Że ostatnie lata Komuny Otwock wypełniły odpowiedzi na pytanie: dlaczego nie będzie rewolucji (przedstawienia „Przyszłość świata”, „Mill/Maslow”). Komunardzi nie sprostali ideologii, jaka stała za nimi, nawet teatr jej nie udźwignął. Laszuk twierdził, że jedyne, co osiągnęli, to status „średnio znanej, offowej warszawskiej sceny”.
Oglądając ich nową premierę na specjalnych grudniowych pokazach w Poznaniu, szukałem śladów tej goryczy. „Księgi” opowiadają o dwóch bohaterach: Richardzie Buckminsterze Fullerze, wynalazcy, architekcie-wizjonerze (marzył o kopule nad Manhattanem) i cesarzu Yongle z dynastii Ming, którego flota tysiąca okrętów dotarła do Indii, Zatoki Perskiej, Somalii, może nawet do Ameryki. Po zakończeniu wyprawy cesarz kazał spalić całą flotę i miasta portowe Chin.
Traktaty o Yongle i Fullerze należą do dotychczasowego nurtu tematów Komuny krążących wokół misji i klęsk architektów wyobraźni. Zestawienie tych postaci buduje podstawową antynomię nie tylko między wschodnią a zachodnią cywilizacją, postępem i stagnacją. Laszuk i jego grupa pytają, czy rzeczywiście istotą człowieczeństwa jest nieskończony rozwój, zmiana i przekroczenie. „Jeśli coś można odkryć, wynaleźć, zbudować, będzie to odkryte wynalezione, zbudowane” – stwierdza reżyser, ale zaraz pyta dalej, czy człowiek zawsze musi tworzyć, szukać, odpowiadać na zagadki świata? A może rację miał Yongle wierzący, że mądrość i sens życia tkwi w izolacji, utrzymywaniu równowagi między przeszłością a przyszłością?
Komuna Warszawa w dwóch pierwszych częściach spektaklu pokazuje przekleństwo ruchu i przekleństwo wycofania. Z boku sceny DJ i skrzypaczka, pośrodku czwórka aktorów budujących proste konstrukcje, wieże, zjeżdżalnie, kostiumy i rekwizyty z plastikowych rur, tkanin, papieru i metalu. To robotnicy ceremonii, gimnastycy-inżynierowie. Trochę się bawią, trochę uczą przestrzeni i materii. Powtarzanie prostych mechanicznych czynności tworzy symbole i metafory. Kanciaste, nieoszlifowane, mechaniczne. Chwilami ma się wrażenie, że ich spektakl to nic innego jak przełożony na nowoczesny język teatr Kantora. Inna w nim jest śmierć, inny Bóg, inaczej definiowana pamięć i rola reżysera demiurga. Ale najgłębszy sens ludzkich gestów jest ten sam.
W trzeciej części spektaklu znajdujemy się w ogrodzie. Wypełnia go zamiast ludzi społeczeństwo zwierząt. Aktorzy zakładają małpie maski. Co lepsze – małpa, która je i kopuluje, czy małpa, która próbuje myśleć i coś stwarzać? Co jest wolnością i niewolą? Może stan naturalny wcale nie jest stanem wiecznej szczęśliwości? Do biało-czarnego świata Komuny wchodzi kolor, humor, przerysowanie. Aktorzy kpią z ludzi udających małpy i małpy podające się za ludzi. I nie czuć wcale w tej nowej stylistyce Laszuka goryczy. Jest autoironia. Typowa dla ludzi bez złudzeń, którzy wiele w życiu przeszli, którym zawaliła się wieża wiary lub ideologii. Sceniczny ogród Laszuka jest ogródkiem Kandyda. Teatrem uwolnionym od wstydu powielania świata. I on jak Kandyd wie na koniec, o co w tym wszystkim chodzi: cokolwiek by się nie działo, trzeba robić swoje. Tylko czyny w skali mikro mają sens. Są tylko małe zwycięstwa i małe odpowiedzi.

KSIĘGI | scenariusz i reżyseria: Grzegorz Laszuk | Komuna Warszawa | (5)

komuna //warszawa: Księgi

29 i 30 stycznia [sobota i niedziela],
warszawa, ul Lubelska 30/32, godz. 19.30

wstęp: 10 zł

[zobacz, jak dojechać]

//////////////////////////////////////////////////

Niektóre opowieści muszą być opowiedziane.
Czasami jest to ich jedyny sens:
żeby były opowiedziane
żeby były usłyszane

1. „Księga wynalazcy”
ta opowieść powstała z myślenia o ciągle nowych opowieściach, nowych filmach i muzykach. że cieszą nas rzeczy nowe, odkrywane, nieznane. i bardzo często czujemy, że żyjemy naprawdę, kiedy nowe myśli nazywają nowe uczucia i nowe światy. ta historia wzięła się z przekonania, że zmiana jest częścią życia, a nie ludzkiego wyboru. Nowe jest jedyne. jedyne dobre. nowe jest najważniejsze.

r.b.f. był ostatnią szansą świata na szczęśliwe zakończenie. Odkrył Ziemię jako Statek Kosmiczny – zintegrowaną, złożoną strukturę wymagającą opieki i poszanowania. Tej wizji podporządkował swoje architektoniczne i społeczne idee. Budował rajskie ogrody i namawiał do nieustającego działania na rzecz pokojowej zmiany poprzez doskonalenie technicznych możliwości człowieka. Na jego grobie widnieje sentencja Call me Trim Tab – uważał, że tak jak wielkim okrętem kieruje mały ster, tak duża liczba małych wysiłków wielu ludzi może skierować Ludzkość ku lepszej przyszłości.
Richard Buckminster Fuller
(1895-1983)

2. „Księga podpalacza”
ta opowieść wzięła się z patrzenia w wodę, leżenia na trawie i nie-wychodzenia z domu, bo tak właśnie jest najlepiej. bardzo rzadko czas się zatrzymuje. następuje moment perfekcji. jeśli się tę chwilę dostrzeże, chce się w niej być już zawsze. w tej właśnie chwili. potem czas znów rusza i jest jak zawsze. ta opowieść to zatrzymanie: już tylko odpoczywać, oddychać-słuchać tego samego bez końca. bez zmian.

Yongle z dynastii Ming był ostatnią szansą świata na szczęśliwe zakończenie. Podobnie jak r.b.f. dużo myślał o statkach i ich wpływie na możliwe dzieje świata. Dlatego spalił swoją flotę. Sądził, że gdyby ludzie pozostali w swoich wioskach, nie byłoby wojen i oszustw w systemie bankowości. Teraz jest już za późno. Ktoś wykradł tajemnicę kompasu i przepłynął ocean. Bańka hipoteczna i kult nowości sprawiają, że nic już nie jest i nie będzie takie jak kiedyś.
Cesarz Yongle, Dynastia Ming
(1360-1424)

3. „Księga ogrodu”
ta opowieść powstała w czasie szukania miejsca Pomiędzy. na legenwiese w parku obok schloss charlottenburg w berlinie i chrystal palace park w londynie. wszystko jest tu Naturą, ale nic nie jest naturalne. na chwilę można tu wejść i być. bramy się czasem zamykają na noc, więc trzeba uważać. trzeba też uważać na złodziei, psie kupy i rakiety. nic nie jest doskonałe. zwłaszcza miejsce i czas Pomiędzy.

Ogrody są ostatnią szansą świata na szczęśliwe zakończenie. To miejsce pomiędzy śniadaniem i kolacją. W ogrodzie można np. pomyśleć, że technika sprawia, że zaprzyjaźniamy się z Przyrodą, albo że podróże są przyjemne i czasem przynoszą ważne odkrycia, albo że nie można ani w lewo, ani w prawo, i nie można wrócić na drzewo, albo że lepiej mniej itd. Tak czy siak, ogrody uprawiają Mądrzy Ogrodnicy: wiedzą, kiedy sadzić kwiaty, a kiedy pomidory. A najlepsi ogrodnicy czasem zaniedbują swoje obowiązki i spoglądają w niebo.
Z Księgi Małp w Kosmosie
(już niebawem)

//////////////////////////////////////////////////

o spektaklu:

Komuna. Księgi. Po utopii

Upadłe utopie – wygląda na to, że to ulubiony temat komuny//warszawa. Dotąd, jeszcze pod szyldem Komuny Otwock, grupa ze szczególną uwagą tropiła los najważniejszych utopii nowoczesności. Przywoływała Waltera Gropiusa, który śnił o świecie doskonale zaprojektowanym, jednak ostatecznie przegrał w starciu z kapitałem; cytowała teorie Zygmunta Baumana łączącego Holocaust z nowoczesnym ideą porządku; przedrzeźniała członków Frakcji Czerwonej Armii, których nowoczesne marzenie o równości doprowadziło do skrajnej przemocy. Za każdym razem utopia ujawniała w przedstawieniach Komuny swoją mroczną stronę, była nicowana, wywracana na lewą stronę, za każdym razem idealny społeczny projekt ponosił w nich porażkę w starciu z praktyką.

W „Księgach” punkt wyjścia jest niemal identyczny. Na bohatera pierwszej części spektaklu zespół wybiera Buckminstera Fullera, być może ostatniego wizjonera ery nowoczesnej, architekta, filozofa, wyznawcę teorii radykalnej, permanentnej zmiany. To Fuller mówił o sobie: „Nie jestem rzeczownikiem, chcę być czasownikiem” – co znaczyło: „Chcę zmieniać się tak, jak zmienia się świat wokół mnie, chcę być równie niestały, otwarty na przeobrażenie, bo proces jest zawsze ważniejszy, ciekawszy od jego owoców”. W tym miejscu Fuller idealnie wpisywał się w mitologię nowoczesności – dla nowoczesności pojęcie zmiany było wszak pojęciem centralnym, definiującym. Skądinąd znamienne, że gdy kilkanaście miesięcy temu przygotowywaliśmy książkę, która miała podsumować 20 lat Komuny Otwock, właśnie zmianie poświęciliśmy główny rozdział. Jedna z autorek pisała wówczas (przywołując Marksa): „»Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu« i »wszystko, co święte, ulega profanacji« – to dwa zdania, z których można wysnuć wszystkie sensowniejsze koncepcje nowożytności”. W nowoczesności wszystko, co stałe, miało zostać zburzone czy przemienione, podważone w imię świetlanej przyszłości. Fuller był na pewno jednym z najbardziej oddanych proroków podobnego myślenia.

Dzisiaj komuna//warszawa wystawia mu rachunek. Ocena może nie jest równie surowa, jak w przypadku Gropiusa czy terrorystów z RAF, lecz co najmniej gorzka. Bo gdzie jest obiecywany przez Fullera świat technologicznego szczęścia? Czy Statek Kosmiczny Ziemia dzięki wynalazkom Buckminstera rzeczywiście zmierza w dobrą stronę? No i co z kosztami całego zamieszania? Co z rozbitą rodziną? Co z próbami samobójczymi? Komuna znów – jak w przedstawieniach o Gropiusie i J.S. Millu – zestawia teorie bohatera z jego doświadczeniem życiowym. I z tego zestawienia znów nie wynika nic budującego. Utopia chwieje się zatem i upada na naszych oczach. Nowoczesność po raz kolejny nie spełnia swoich obietnic, okazuje się rozczarowaniem.

Tyle że tym razem nie tylko nowoczesność. Druga część spektaklu to opowieść o chińskim cesarzu Yongle z Dynastii Ming, który wybudował potężną flotę zdolną do podboju bodaj całego świata. Yongle mógł zmienić wszystko, a nie zmienił niczego. Nikomu nie wypowiedział wojny, jego flota zawiozła wyłącznie podarunki innym władcom i szybko została spalona. „Najwyższym pragnieniem jest zatrzymać się i słuchać, jak stygnące powietrze ociera się o mury Zakazanego Miasta” – słyszymy w „Księgach”. W jakimś wymiarze to skrót tego, co możemy myśleć o epoce przednowoczesnej – statycznej, skupionej na podtrzymywaniu status quo. Yongle chciałby, by historia się zakończyła. Nawet więcej – jest przekonany, że ów koniec właśnie obserwuje. Komuna nie wypomina mu tej naiwności. Atak zespołu zmierza w innym kierunku: ku wątpliwościom podpowiadającym, że wstrzemięźliwość Yongle to w gruncie rzeczy eskapizm, niemożliwe do utrzymania wycofanie, ucieczka od świata. Czyli ponownie niespełnialna utopia.

Innymi słowy: ani radykalna zmiana, ani radykalne jej odrzucenie. Komuna z nieufnością obserwuje obie możliwości. I w trzeciej części nowego przedstawienia przestaje zajmować się utopiami, a zaczyna diagnozować własne otoczenie. Trafiamy do pięknego ogrodu, choć szybko okazuje się, że to raczej zoo z zielonym wybiegiem dla tresowanych małp. Niby jest przyjemnie: można poczytać, można cieszyć się widokami. Jedyne, co niepokoi, to nieustanna obecność tresera, która podpowiada, że z tego ogrodu nie ma ucieczki. To nasz świat? Świat drobnych przyjemności doświadczanych pod ścisłą kontrolą? Komuna niekoniecznie sugeruje takie, nieco wytarte wyobrażenia. Bo jest w „Księgach” również scena ostatnia, w której okazuje się, iż treserowi można przynajmniej na chwilę przysłonić oczy i zabrać się za działania w oczywisty sposób pożyteczne. Wtedy ów represyjny ogród przeobrazi się w miejsce prawdziwej uprawy, samodzielnej pracy, może nawet spełnienia.

Księgi, czasem po prostu książki, pojawiały się we wcześniejszych pracach Komuny wielokrotnie. Zwykle kazały myśleć o wiedzy książkowej, teoretycznej, jakoś pustej, przeciwstawianej praktyce, działaniu. Ów motyw wraca w „Księgach”. Zresztą całe przedstawienie pod względem stylistycznym znów konstruowane jest na identycznej opozycji: między mówieniem a działaniem, między teorią a praktyką (tak jak w poprzednich spektaklach aktorzy jedno robią, a co innego mówią, między tymi dwoma sferami nie ma czytelnych relacji). Jednak ostatnia scena i w tej kwestii wydaje się jakimś przedefiniowaniem: aktorzy sadzą nowe uprawy na swoim polu, biorąc wyrwane z ksiąg kartki za rodzaj narzędzia, podręcznej pomocy. W efekcie teoria wspiera praktykę, dwa przeciwieństwa w końcu się łączą. Ładny obraz. Choć czy nie zanadto utopijny?

  • Tomasz Plata

//////////////////////////////////////////////////

spektakl odbędzie się dzięki wsparciu finansowemu Urzędu m. st. Warszawy w ramach projektu „Teatr jako przestrzeń publiczna”: